Logowanie






Nie pamiętam hasła
Konto? Zarejestruj się!

Wieści RSS

Sondy

mój żywioł to:
 

Gościmy

Przeczytaj:

Start

Witamy!

Portal Młodych Pisarzy powstał z myślą o wszystkich, którzy tworzą "do szuflady". Tutaj można opublikować swoje utwory pod pseudonimem, przeczytać utwory innych i podyskutować o literaturze. Bez względu na wiek, wykształcenie, pozycję społeczną, czy przekonania polityczne, można zaistnieć na forum. Dla najlepszych talentów będziemy starać się o możliwość wydania własnej twórczości.

Pamiętaj o jednej zasadzie: szanuj innych, gdyż tutaj twórca i czytelnik są równi.

Kontakt: admin@notatnik.info

Migawki

Czas pędzi. Dzień za dniem coraz bardziej blednę. Czuję, że umieram. Czuję, że nadszedł i na mnie czas. Znów siedzę przy oknie i spoglądam na zewnątrz. Słyszę ludzi śmiejących się, rozmawiających, śpieszących się do pracy i wykonujących wiele innych czynności, których zostałem pozbawiony. Nie wiem nawet, czemu. Niby jestem chory. Ale, na co? Tego nie wiem. Oni też nie wiedzą. Albo wiedzą tylko nie chcą mi tego uświadamiać. Znów jestem zamknięty w szpitalu. Pod okiem pielęgniarek. Codziennie robione jest mi masę przeróżnych badań, których wyników nawet nie znam. Ogromna ilość zastrzyków, masaży, maści. Czuję jakby moje kości się rozlatywały. Przestaję powoli poruszać lewą nogą. Palce mi zesztywniały tak, że nie mogę już nawet trzymać sam książki w ręku. I nikt nie przychodzi. Czasem widzę przez sen jak matka przy mnie siedzi i płacze, ale gdy otwieram z trudem oczy na chwilę, od razu wychodzi z sali. Dostałem ostatnio czekoladki z okazji urodzin od swojej byłej klasy, bo miałem już nie pójść więcej do szkoły, ale i tak ich nie zjem, bo mój żołądek przestaje powoli funkcjonować prawidłowo. Każdy dzień spędzam leżąc w szpitalnym łóżku. Mam prawo tylko myśleć i domyślać się, kiedy umrę. Czuję, że ten czas się zbliża. Kilka razy czytano mi książki. Nie wiem czy to z jakiejś łaskawości, czy może taka jest ich praca. To były jakieś książki dla dzieci. Z kilka razy osłuchałem śpiącej królewny i czerwonego kapturka. Znam dialogi na pamięć. Zanim pojawiły się u mnie pierwsze trudności z mówieniem, recytowałem. Lecz to było z miesiąc temu. Teraz mój stan jest o wiele gorszy. Mogę tylko myśleć- Recytować w głowie. Już nigdy nie ujrzę słońca i nieba. Kiedyś jeszcze wywozili mnie na spacery, a jeszcze wcześniej chodziłem o własnych siłach. Teraz, mogę tylko i wyłącznie korzystać z okna. Wiele mi to nie daje, lecz i tak dobrze, że raz na dzień „zobaczę” światło dzienne. Wszystko się przestało liczyć. Kiedyś jeszcze malowałem. Teraz nie potrafię chwycić ołówka w dłoń. Z czasem moje rysunki i tak zostały sprzątnięte jak spałem, więc nawet nie mogę na nie popatrzeć. Nie wiem, co mówię. Sam siebie nie rozumiem, albo nie słyszę. Został mi tylko stos kartek z rysunkami, których nie widzę. Resztkami sił maluję końcem ołówka, nawet nie patrząc na to, co namalowałem. Nie mam siły po prostu unieść powieki. Każde staranie kończy się bólem. Otwieram oczy nieświadomie, a i tak mam zamalowany obraz. Nie widzę czarnego pola. Widzę światło przenikające przez moją skórę i krew. Widzę…tylko nie mam siły. Straciłem nadzieję już dawno. Zresztą nikt nie ukrywa przede mną już, że umieram. Nie mówią już tego beznadziejnego „ wszystko będzie dobrze”. Czasem tracę na moment świadomość. Przymykam oczy i odlatuję. Potem nie pamiętam, jaki jest dzień tygodnia, rok. Zdarza się, że zapomnę również swojego własnego imienia. Dziś jest czwartek. Leżę nieruchomo w szpitalu i powoli piszę koślawe litery na oślep. Widzę, że dziś pada deszcz. Moje powieki nie są pomarańczowe, a to znak, iż nie ma Słońca. W tle, poza dźwiękiem sprzętu medycznego słychać krople deszczu obijające się o ziemie, chodnik, ulicę i okno… Namalowałem scenę z deszczem. Chciałem sobie ją bliżej wyobrazić, a nikt mi o tym nie opowie. Przychodzą tylko czasem, by pobrać krew lub zrobić masaż kręgosłupa. Nie rozumiem, po co to robią, skoro i tak jest nieaktywny. Nie mogę się ruszać. Ani w lewo ani w prawo. Ani unieść głowy, ani jej przechylić…nic. Ręce mi jakoś jeszcze chodzą. Tylko palce zesztywniały. Mógłbym to opisywać i opisywać. Ale zapewne jest to dosyć nudne. Teraz choroba to całe moje życie. Moja walka- moja codzienność. Wszystkie moje marzenia o malowaniu są teraz niemożliwe do zrealizowania. Mogę tylko wyobrażać sobie barwy. A dziś? Dzisiejszy dzień będzie taki jak każdy. Chyba, że umrę. A ten czas się zbliża. To nie jest ważne, czy umrę wcześniej, czy później, lecz i tak boję się śmierci. Boję się, o to, czy będzie coś potem. Czy przestaną mnie boleć kości? Czy w ogóle będę jeszcze istniał? Boje się śmierci...
 


Wybrańcy. 10 Wspaniałych
Wpisał: Agnieszka Bukała   
28.07.2009.

Wybrańcy
10 Wspaniałych









I
Jest dziesiąty Lipca dziesięć po dziewiątej. 
-Dakota wstawaj! Chcesz przespać całe wakacje? Wstawaj leniuchu- krzyczy Igor z następnego namiotu. Te wakacje spędzam poza domem i bez rodziców tylko ja i moi i moich znajomych znajomi, czyli dwie dziewczyny: Jasmine, Fabien oraz siedmiu chłopaków: Igor, Dylan, Albert, Ben, Oskar, Marcin i Florian. Z zamkniętymi oczami podniosłam się z materacu, ziewając na wszystkie strony usłyszałam chichoty, więc otworzyłam odruchowo oczy i zauważyłam, że sama jestem w namiocie a pozostałe dwa materace były puste. 
Gdy ubrałam się i związałam swoje rude włosy na gumkę otworzyłam namiot i zauważyłam, że nikogo nie ma na zewnątrz.
-Ej gdzie jesteście? Jaja sobie robicie czy jak?- Zapytałam, ale nie dostałam odpowiedzi. Wzięłam głęboki wdech i wyszłam z namiotu. Stojąc równo na 2 nogach, oglądałam się gdzie wszystkich wcięło, aż tu nagle wyskakuje Igor i Ben z wielkim wiadrem wody i mnie oblewają. Byłam strasznie zła na nich, myślałam, że ich zaraz poćwiartuję i podsmażę na oleju.
-Porąbało was! Dopiero, co się ubrałam. Ale z was łobuzy! A teraz chodzicie do mnie, przytulę was- uśmiechając się do nich i podchodząc małym kroczkiem z otwartymi ramionami by ich do sobie przytulić, aby też byli mokrzy. 
-O nie, nie, nie- Odpowiedzieli razem, ale mnie ta odpowiedź nie zadowoliła wiec zaczęłam ganiać ich po łące.
-Dakota przestań! Nas jest dwóch ty jesteś jedna. Nie dasz rady nam- No i mieli racje. Igor złapał mnie za ręce, Ben za nogi i wrzucili mnie do jeziora.- Teraz to sobie popływasz!- Wszyscy zaczęli się śmiać a wraz z nimi ja, poczym Igor rozebrał się do slipów i wskoczył do jeziora.
-Teraz nie jesteś sama. Jest nas dwóch. Umiesz pływać- Dziwnie się na niego patrząc odpowiedziałam no jasne. Nie skłamałam, gdy mam grunt pod nogami to bez wahania pływam, a gdy nie mam gruntu to zaczynam panikować. 
-No to ścigajmy się na drugi brzeg. Okej?- Widząc moje zakłopotanie i tak jakby szok dodał- Ej chyba nie masz cykora?
-Nigdy nie pływałam to znaczy pływałam.. Ale gdy nie mam gruntu to ogarnia mnie panika i mogłabym utonąć.
-Nie gadaj głupot, jak będziesz się topić to daj mi znać, uratuję cię!- Powiedział to z taką dumą jakby był jakimś ratownikiem i uśmiechną się jak dzieciak sprzedający lemoniadę na straganie. 
-No nie wiem, ty na pewno będziesz chciał mnie dobić bardziej- Puściłam mu oczko a on się roześmiał.
-O jojojo zgadłaś mój chytry plan. Nie marudź. Zaufaj mi a nic ci się złego nie stanie. To nie musi być konkurencja, tak sobie popłyniemy- Uśmiechnął się z troską.- W tym kierunku płyniemy- Pokazał palcem na środek jeziora- No to płyniemy- Wzięłam wdech i zanurzyłam się w wodzie. 
-Przybliż się do mnie, bo tam na dnie są rekiny i inne potwory- śmiał się dalej płynący Igor.
-Przestań! Bo zawrócę! Ja się boje. Nawet nie wspominaj mi, że już nie mam gruntu- ostrzegłam go. Zaczęłam szybciej i równomierniej oddychać.
-No, ale już nie mamy gruntu. A po co zawracać jak już przepłynęliśmy dobrą połowę jeziora? 
-Miałeś tego nie mówić!- Po wypowiedzeniu tych słów zakręciło mi się w głowie. Do brzegu było jeszcze ze 20 metrów.
-Dakota, co ci jest?- Zamknęłam oczy i przestałam płynąć, bo ręce odmówiły mi posłuszeństwa. Powoli tonęłam. Będąc już prawie na dnie poczułam czyjś dotyk, dotyk ręki Igora łapiąc mnie. Po paru minutach byliśmy już na brzegu.
-Dakota! Słyszysz mnie? No odpowiedź!- Rozkazywał mi, gdyż wciąż miałam zamknięte oczy i słabo oddychałam tak, że nie było tego oddechu słychać nawet, gdy Igor przyłożył swoje ucho do mych ust. Wkońcu otworzyłam oczy i zauważyłam jak Igor jest zdesperowany.
-Już dobrze. Uspokój się. Jestem cała- Spojrzał mi głęboko w oczy i zaczął się rozluźniać. 
-Myślałem już, że umarłaś- wydusił po długim milczeniu
-Jeśli tak myślałeś to, czemu mnie nie reanimowałeś?- Byłam ciekawa odpowiedzi. Chłodny wiatr wiał na nas. 
-Nie potrafię!- Zakrył sobie oczy ze wstydu- Datka zimno ci? No pewnie, że zimno, bo całe się trzęsiesz. Zaraz cię ogrzeje- Przywarł całym ciałem na mnie i pocałował w usta, próbowałam go odeprzeć, ale on jest zbyt silny. 
-Pogrzało cię kompletnie?! Ty masz dziewczynę! Jak myślisz, co zrobi Kora jak się o tym dowie?- Patrzałam na niego ze złością. Czułam do niego niechęć za to, co zrobił.
-Kora nie musi się o niczym dowiedzieć. To może zostać tylko pomiędzy nami- Chciałam go powyzuwać za te jego zachowanie, ale przyłożył mi palec do moich ust.
-Widzisz.. Ten pocałunek rozgrzał cię. Teraz na pewno jest Ci lepiej- Dotykał moje rozpalone policzki, ale one nie były rozpalone z namiętności tylko z gniewu.
-Jesteś okropny!- Warkłam. Próbując wstać Igor podał mi rękę, ale zignorowałam go. Podtrzymując się jedną ręką z tyłu by wstać, upadłam na piasek. 
-Aleś ty uparta. Pomogę ci.- Podał mi rękę, ale znów go zignorowałam-Poradzę sobie bez ciebie-I wstałam na własnych siłach. 
-Mówiłam ci, że się utopie! Nie trzeba było mnie tu wyciągać! Jak mówię nie to nie!- Gadałam bez wzięcia oddechu.
-Po pierwsze nie utopiłaś się, po drugie nie mówiłaś NIE- Chciałam go uderzyć i za ten pocałunek i za tą wyprawę pływacką, ale nie miałam siły- To teraz powiedz mi jak my stąd wrócimy na nasze obozowisko, bo ja nie mam zamiaru płynąć tam znów.
-Pójdziemy ścieżką wzdłuż jeziora. Pasuje?- Mi pasowało, ale Igor wyglądał na niezadowolonego- A jeśli nie masz sił to możemy tu trochę poleżeć w objęciu byś nie zmarzła. 
-O nie! Nie mam mowy. Ty jak chcesz to sobie płyń a ja pójdę ścieżką- Spojrzałam, jaka długa droga będzie mnie czekała i mina mi zrzedła, bo ta ścieżka mierzy sobie ze 3km.
-Nie zostawię cię samą na pożarcie leśnych stworów- Uśmiechnął się a ja wybuchłam śmiechem- No to w drogę.
Szliśmy w milczeniu dobre 10 minut. Spojrzałam na Igora wyglądał na nieco zbitego z pantałyku.
-Gniewasz się jeszcze na mnie?- Już mi przeszło, ale nie chciałam mu tego udowadniać, więc zrobiłam zszokowaną minę- No jasne, że jeszcze się gniewam!
-Sorry za tamto- Spojrzał na mnie i aż zrobiło mi się jego żal, bo zrobił się taki smutny w oczach.
-Oj daruj sobie-Nie umiałam się nad nim zlitować.
Pozostałą całą drogę szliśmy znów w milczeniu, tylko czasami, gdy potknęłam się o jakiś patyk i Igor mi pomagał zdołał powiedzieć tylko, ale z ciebie niezdara a ja się tylko do niego uśmiechałam. Po dobrej godzinie truchtu zauważyłam plac z namiotami i uśmiechnęłam się sama do siebie. 
-Nareszcie!- Wydusił z sobie Igor- Teraz możesz się cieszyć z nieobecności mojej osoby.
-Czy ja coś powiedziałam, że nie chcę spędzać z tobą czasu?
-Niby nie- I pobiegł, bo 10 metrów od nas stał Albert z dwoma browarami browarami ręku. 
-Stary, co tak długo szliście? Trzeba było przepłyną ten kawałek- Wypowiedziawszy te słowa Albert podał otwarte piwo swojemu koledze- Zimne prosto ze sklepu
-Och ty mój przyjacielu. Czytasz w moich myślach- Poszli obaj nie zwracając na mnie uwagi.
-A ja to, co?- Odwrócili się na pięcie i wpatrywali się na mnie jak na głupią wariatkę, która co dopiero uciekła ze szpitala psychiatrycznego.- Co też chcesz piwo?
-Nie, nie chcę piwa. Chcę abyście szli razem ze mną.
-No to cho Daka- Pobiegłam do nich i szliśmy razem do naszego obozowiska. Gdy doszliśmy już na miejsce to podbiegła do mnie Fabien z długim ręcznikiem w ręku. 
-Masz wytrzyj się szybko, bo zaraz ty, Jasmine i ja jedziemy na jarmark- I pobiegła po swoją i moją torebkę. Wytarłam się szybko i czekałam na dziewczyny.
-O już jesteś gotowa. No to super. Idziemy- Wskoczyłam na tylnie siedzenie Fabiene Jeepa i wyruszyłyśmy w drogę. Jechałyśmy przez małe miasteczko nawet nazwy nie zapamiętałam. Było pełno zakrętów na drodze, że raz Jasmine ze strachu krzyknęło, co nas bardzo rozbawiło. Przez całą drogę ja, albo Fabien udawałyśmy krzyczącą Jasmine, co ją doprowadzało do szału.
-O widzicie to? To jest właśnie ten bazarek- Wskazywała Fabien na średniej wielkości rynek, gdzie znajdowały się różne stragany od sprzedaży owoców do ubrań i obuwia. Mnie zaciekawił jeden stragan, w którym znajdowały się bransoletki ze skóry i inne wykonane ręcznie. Podeszłam, więc tam i oglądałam kolorowe bransoletki, z których wybrałam dwie.
-Przepraszam, w jakiej cenie są te bransoletki?- Zapytałam sprzedawczynię, która badawczo obserwowała moje ruchy. 
-Każda po 5 złotych- Pokazała kolekcje swoich wyrobów.
-Dziękuję. Wezmę te 2- Podałam jej do rąk, bo chciała je spakować do woreczka- Uch jaka dziś upalna pogoda.
-Zgadza się. A może panienka kupi ten sok. Jest w sam raz na tą pogodę. Bardzo dobrze orzeźwia ciało!- Wzrokiem pokazała mi butelkę soku o barwie bordowej. 
-A poproszę- Bez zastanowienia wzięłam sok i woreczek z bransoletkami i zaczęłam rozglądać się gdzie są dziewczyny po paru sekundach zauważyłam blond czuprynę Jasmine.
-Ej Jasmine! Czekaj tam na mnie- Krzyczałam, bo był duży tłum na tak małym rynku, gdy już byłam u boku koleżanki to ona pokazywała, co kupiła.
-Nie prawdaż, że to jest śliczne?- Pokazywała na naszyjnik z sztucznych perełek. 
-Ile za to dałaś- Byłam ciekawa, za jaką cenę kupiła taki banał. 
-Okrągłe 25 złotych- Uśmiechnęła się zadowolona ze swojego zakupu.
-O mój Boże. Od cyganów to kupiłaś czy jak?
-Skąd wiesz? Przecież byłaś cały czas przy jednym straganie- Teraz patrzyła na mnie z dziwieniem, ale później znów na jej różowej twarzyczce pojawił się uśmiech.
-Ee no wiesz. Przeczucie- Odwzajemniłam jej takim samym uśmiechem.



TO jeszcze nie koniec.. ;/ Jestem w realizacji pracy
 
Życie i śmierć Króla Jasia
Wpisał: Said Muslim   
09.03.2008.
czyli upadek i upadki w V aktach.
Czytaj całość…
 
DZIEDZICTWO PRZESZŁOŚCI, TOM I: STRZĘPKI UCZUĆ: ROZDZIAŁ XV
Wpisał: Paweł Kossakowski   
17.02.2009.

www.kosax.blog.onet.pl

kosax@vp.pl

Czytaj całość…
 
Czarny charakter
Wpisał: Natalia Julia Nowak   
12.07.2009.
Istnieje gdzieś w świecie Mężczyzna,
O jakim szesnastki nie śniły:
Choć mrokiem podobny do nocy,
To jednak... cyniczny i miły.

Na słodkie dziewczątek umysły
Urokiem kajdany nakłada.
Uprzejmy jak amant, choć chytry:
Pan Lisek... Serc twardych zagłada!

Szarmancki Syn Nocy, Intrygant...
Dżentelmen z cwaniackim spojrzeniem.
Wystarczy mu jedna minuta,
By stał się Twą żądzą, westchnieniem!

Przyciągnie Cię swym charakterem,
Uśmiechem, przebiegłą naturą...
Kuszący jak jabłko z Edenu:
Pan Mroczny - z rycerską kulturą!

Przystojny jak Czarny Charakter,
Z subtelnych fantazji wyrwany...
Wcielenie ciemności, słodyczy:
Cudowny - i za to kochany...
 
Tesknota za miłośćią
Wpisał: Magda Markowska   
18.12.2007.

Gdy go zobaczyłam me serce nagle rozkwitło

jak tulipan na powitanie dnia.

Patrzyłam na jego błekitne oczy w odali

spoglądał swym potężnym wzrokiem

w odal kępy lasu.

Me serce utesknione i pragnące miłośći uległo

jakby czekało na zawsze z utęsknieniem na tego jedynego.

Miłość prawdziwa wycierpi,przebaczy,zrozumie lecz

przyjażn zostaje na wieki nie naruszone

po grobowe deski.

Patrze ,wzdycham coś mamrocze bez ustanie lecz mój umiłowany

spogląda w inne horyzonty niespojrzawszy na mą dusze.

Odziany jak książe tulipan na wystawie wabiący zapachem

niezłomne dziewki.

Pośród lasu jak prawdziwy Pan stapa ,a wiatr targa

jego blond loki.

Wzdycham w odali ,patrze i niemoge sie napatrzyć .

Obawa przed podejściem mej duszy do ukochanego z mych snów ,

czar pryśnie a ma dusza romantyczna rozpryska sie

jak szklanka puszczona na ziemie.

Tesknie za prawdziwą miłośćią lecz ma nieśmiałośc

krzywdzi i łaskota kolcami po sercu na me prawdziwe oblicze duszy.

 

Czytaj całość…