Wybrańcy 10 Wspaniałych
I Jest dziesiąty Lipca dziesięć po dziewiątej. -Dakota wstawaj! Chcesz przespać całe wakacje? Wstawaj leniuchu- krzyczy Igor z następnego namiotu. Te wakacje spędzam poza domem i bez rodziców tylko ja i moi i moich znajomych znajomi, czyli dwie dziewczyny: Jasmine, Fabien oraz siedmiu chłopaków: Igor, Dylan, Albert, Ben, Oskar, Marcin i Florian. Z zamkniętymi oczami podniosłam się z materacu, ziewając na wszystkie strony usłyszałam chichoty, więc otworzyłam odruchowo oczy i zauważyłam, że sama jestem w namiocie a pozostałe dwa materace były puste. Gdy ubrałam się i związałam swoje rude włosy na gumkę otworzyłam namiot i zauważyłam, że nikogo nie ma na zewnątrz. -Ej gdzie jesteście? Jaja sobie robicie czy jak?- Zapytałam, ale nie dostałam odpowiedzi. Wzięłam głęboki wdech i wyszłam z namiotu. Stojąc równo na 2 nogach, oglądałam się gdzie wszystkich wcięło, aż tu nagle wyskakuje Igor i Ben z wielkim wiadrem wody i mnie oblewają. Byłam strasznie zła na nich, myślałam, że ich zaraz poćwiartuję i podsmażę na oleju. -Porąbało was! Dopiero, co się ubrałam. Ale z was łobuzy! A teraz chodzicie do mnie, przytulę was- uśmiechając się do nich i podchodząc małym kroczkiem z otwartymi ramionami by ich do sobie przytulić, aby też byli mokrzy. -O nie, nie, nie- Odpowiedzieli razem, ale mnie ta odpowiedź nie zadowoliła wiec zaczęłam ganiać ich po łące. -Dakota przestań! Nas jest dwóch ty jesteś jedna. Nie dasz rady nam- No i mieli racje. Igor złapał mnie za ręce, Ben za nogi i wrzucili mnie do jeziora.- Teraz to sobie popływasz!- Wszyscy zaczęli się śmiać a wraz z nimi ja, poczym Igor rozebrał się do slipów i wskoczył do jeziora. -Teraz nie jesteś sama. Jest nas dwóch. Umiesz pływać- Dziwnie się na niego patrząc odpowiedziałam no jasne. Nie skłamałam, gdy mam grunt pod nogami to bez wahania pływam, a gdy nie mam gruntu to zaczynam panikować. -No to ścigajmy się na drugi brzeg. Okej?- Widząc moje zakłopotanie i tak jakby szok dodał- Ej chyba nie masz cykora? -Nigdy nie pływałam to znaczy pływałam.. Ale gdy nie mam gruntu to ogarnia mnie panika i mogłabym utonąć. -Nie gadaj głupot, jak będziesz się topić to daj mi znać, uratuję cię!- Powiedział to z taką dumą jakby był jakimś ratownikiem i uśmiechną się jak dzieciak sprzedający lemoniadę na straganie. -No nie wiem, ty na pewno będziesz chciał mnie dobić bardziej- Puściłam mu oczko a on się roześmiał. -O jojojo zgadłaś mój chytry plan. Nie marudź. Zaufaj mi a nic ci się złego nie stanie. To nie musi być konkurencja, tak sobie popłyniemy- Uśmiechnął się z troską.- W tym kierunku płyniemy- Pokazał palcem na środek jeziora- No to płyniemy- Wzięłam wdech i zanurzyłam się w wodzie. -Przybliż się do mnie, bo tam na dnie są rekiny i inne potwory- śmiał się dalej płynący Igor. -Przestań! Bo zawrócę! Ja się boje. Nawet nie wspominaj mi, że już nie mam gruntu- ostrzegłam go. Zaczęłam szybciej i równomierniej oddychać. -No, ale już nie mamy gruntu. A po co zawracać jak już przepłynęliśmy dobrą połowę jeziora? -Miałeś tego nie mówić!- Po wypowiedzeniu tych słów zakręciło mi się w głowie. Do brzegu było jeszcze ze 20 metrów. -Dakota, co ci jest?- Zamknęłam oczy i przestałam płynąć, bo ręce odmówiły mi posłuszeństwa. Powoli tonęłam. Będąc już prawie na dnie poczułam czyjś dotyk, dotyk ręki Igora łapiąc mnie. Po paru minutach byliśmy już na brzegu. -Dakota! Słyszysz mnie? No odpowiedź!- Rozkazywał mi, gdyż wciąż miałam zamknięte oczy i słabo oddychałam tak, że nie było tego oddechu słychać nawet, gdy Igor przyłożył swoje ucho do mych ust. Wkońcu otworzyłam oczy i zauważyłam jak Igor jest zdesperowany. -Już dobrze. Uspokój się. Jestem cała- Spojrzał mi głęboko w oczy i zaczął się rozluźniać. -Myślałem już, że umarłaś- wydusił po długim milczeniu -Jeśli tak myślałeś to, czemu mnie nie reanimowałeś?- Byłam ciekawa odpowiedzi. Chłodny wiatr wiał na nas. -Nie potrafię!- Zakrył sobie oczy ze wstydu- Datka zimno ci? No pewnie, że zimno, bo całe się trzęsiesz. Zaraz cię ogrzeje- Przywarł całym ciałem na mnie i pocałował w usta, próbowałam go odeprzeć, ale on jest zbyt silny. -Pogrzało cię kompletnie?! Ty masz dziewczynę! Jak myślisz, co zrobi Kora jak się o tym dowie?- Patrzałam na niego ze złością. Czułam do niego niechęć za to, co zrobił. -Kora nie musi się o niczym dowiedzieć. To może zostać tylko pomiędzy nami- Chciałam go powyzuwać za te jego zachowanie, ale przyłożył mi palec do moich ust. -Widzisz.. Ten pocałunek rozgrzał cię. Teraz na pewno jest Ci lepiej- Dotykał moje rozpalone policzki, ale one nie były rozpalone z namiętności tylko z gniewu. -Jesteś okropny!- Warkłam. Próbując wstać Igor podał mi rękę, ale zignorowałam go. Podtrzymując się jedną ręką z tyłu by wstać, upadłam na piasek. -Aleś ty uparta. Pomogę ci.- Podał mi rękę, ale znów go zignorowałam-Poradzę sobie bez ciebie-I wstałam na własnych siłach. -Mówiłam ci, że się utopie! Nie trzeba było mnie tu wyciągać! Jak mówię nie to nie!- Gadałam bez wzięcia oddechu. -Po pierwsze nie utopiłaś się, po drugie nie mówiłaś NIE- Chciałam go uderzyć i za ten pocałunek i za tą wyprawę pływacką, ale nie miałam siły- To teraz powiedz mi jak my stąd wrócimy na nasze obozowisko, bo ja nie mam zamiaru płynąć tam znów. -Pójdziemy ścieżką wzdłuż jeziora. Pasuje?- Mi pasowało, ale Igor wyglądał na niezadowolonego- A jeśli nie masz sił to możemy tu trochę poleżeć w objęciu byś nie zmarzła. -O nie! Nie mam mowy. Ty jak chcesz to sobie płyń a ja pójdę ścieżką- Spojrzałam, jaka długa droga będzie mnie czekała i mina mi zrzedła, bo ta ścieżka mierzy sobie ze 3km. -Nie zostawię cię samą na pożarcie leśnych stworów- Uśmiechnął się a ja wybuchłam śmiechem- No to w drogę. Szliśmy w milczeniu dobre 10 minut. Spojrzałam na Igora wyglądał na nieco zbitego z pantałyku. -Gniewasz się jeszcze na mnie?- Już mi przeszło, ale nie chciałam mu tego udowadniać, więc zrobiłam zszokowaną minę- No jasne, że jeszcze się gniewam! -Sorry za tamto- Spojrzał na mnie i aż zrobiło mi się jego żal, bo zrobił się taki smutny w oczach. -Oj daruj sobie-Nie umiałam się nad nim zlitować. Pozostałą całą drogę szliśmy znów w milczeniu, tylko czasami, gdy potknęłam się o jakiś patyk i Igor mi pomagał zdołał powiedzieć tylko, ale z ciebie niezdara a ja się tylko do niego uśmiechałam. Po dobrej godzinie truchtu zauważyłam plac z namiotami i uśmiechnęłam się sama do siebie. -Nareszcie!- Wydusił z sobie Igor- Teraz możesz się cieszyć z nieobecności mojej osoby. -Czy ja coś powiedziałam, że nie chcę spędzać z tobą czasu? -Niby nie- I pobiegł, bo 10 metrów od nas stał Albert z dwoma browarami browarami ręku. -Stary, co tak długo szliście? Trzeba było przepłyną ten kawałek- Wypowiedziawszy te słowa Albert podał otwarte piwo swojemu koledze- Zimne prosto ze sklepu -Och ty mój przyjacielu. Czytasz w moich myślach- Poszli obaj nie zwracając na mnie uwagi. -A ja to, co?- Odwrócili się na pięcie i wpatrywali się na mnie jak na głupią wariatkę, która co dopiero uciekła ze szpitala psychiatrycznego.- Co też chcesz piwo? -Nie, nie chcę piwa. Chcę abyście szli razem ze mną. -No to cho Daka- Pobiegłam do nich i szliśmy razem do naszego obozowiska. Gdy doszliśmy już na miejsce to podbiegła do mnie Fabien z długim ręcznikiem w ręku. -Masz wytrzyj się szybko, bo zaraz ty, Jasmine i ja jedziemy na jarmark- I pobiegła po swoją i moją torebkę. Wytarłam się szybko i czekałam na dziewczyny. -O już jesteś gotowa. No to super. Idziemy- Wskoczyłam na tylnie siedzenie Fabiene Jeepa i wyruszyłyśmy w drogę. Jechałyśmy przez małe miasteczko nawet nazwy nie zapamiętałam. Było pełno zakrętów na drodze, że raz Jasmine ze strachu krzyknęło, co nas bardzo rozbawiło. Przez całą drogę ja, albo Fabien udawałyśmy krzyczącą Jasmine, co ją doprowadzało do szału. -O widzicie to? To jest właśnie ten bazarek- Wskazywała Fabien na średniej wielkości rynek, gdzie znajdowały się różne stragany od sprzedaży owoców do ubrań i obuwia. Mnie zaciekawił jeden stragan, w którym znajdowały się bransoletki ze skóry i inne wykonane ręcznie. Podeszłam, więc tam i oglądałam kolorowe bransoletki, z których wybrałam dwie. -Przepraszam, w jakiej cenie są te bransoletki?- Zapytałam sprzedawczynię, która badawczo obserwowała moje ruchy. -Każda po 5 złotych- Pokazała kolekcje swoich wyrobów. -Dziękuję. Wezmę te 2- Podałam jej do rąk, bo chciała je spakować do woreczka- Uch jaka dziś upalna pogoda. -Zgadza się. A może panienka kupi ten sok. Jest w sam raz na tą pogodę. Bardzo dobrze orzeźwia ciało!- Wzrokiem pokazała mi butelkę soku o barwie bordowej. -A poproszę- Bez zastanowienia wzięłam sok i woreczek z bransoletkami i zaczęłam rozglądać się gdzie są dziewczyny po paru sekundach zauważyłam blond czuprynę Jasmine. -Ej Jasmine! Czekaj tam na mnie- Krzyczałam, bo był duży tłum na tak małym rynku, gdy już byłam u boku koleżanki to ona pokazywała, co kupiła. -Nie prawdaż, że to jest śliczne?- Pokazywała na naszyjnik z sztucznych perełek. -Ile za to dałaś- Byłam ciekawa, za jaką cenę kupiła taki banał. -Okrągłe 25 złotych- Uśmiechnęła się zadowolona ze swojego zakupu. -O mój Boże. Od cyganów to kupiłaś czy jak? -Skąd wiesz? Przecież byłaś cały czas przy jednym straganie- Teraz patrzyła na mnie z dziwieniem, ale później znów na jej różowej twarzyczce pojawił się uśmiech. -Ee no wiesz. Przeczucie- Odwzajemniłam jej takim samym uśmiechem.
TO jeszcze nie koniec.. ;/ Jestem w realizacji pracy |